Archiwum
czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Bądźcie czujni 2008-10-13 22:33
 Oceń wpis
   

_-¯ Mknąłem łamiąc chyba wszystkie przepisy o ruchu sieciowym, nie było jednak czasu do stracenia. Nie zatrzymałem się nawet przy stanowisku zmiany MTU, lecz popędziłem dalej, krzesząc iskry szkieletem ramki po zbyt wąskim pasmie. Wpadłem w swoją podsieć, rozbiłem stanowisko NATowania i wyleciałem gniazdkiem w kuchni, kreśląc końcowymi bitami pakietu brzydkie rysy na kuchennej terakocie. Impet był na tyle duży, że trzepnąłem w ścianę, obróciłem się kilka razy i wreszcie znieruchomiałem przed wejściem do saloniku. Wewnątrz, na fotelu, siedziała Misia trzymając na kolanach Charysię. Nawet na mnie nie spojrzały. Oglądały telewizję?
Wyskoczyłem z kokpitu i rzuciłem się ku nim. W połowie drogi Misia uniosła głowę i spojrzała na mnie ze smutkiem. W jej oczach zobaczyłem odbicie Cheleny Chożej.

_-¯ Chelena stała tuż za progiem, zasłonięta do tej pory lekko uchylonym skrzydłem drzwi. W rękach rozpoznałem tę samą broń, którą zaprezentowała u Stormlady - tym razem celowała we mnie. Gwizdnęła cicho.
- Jesteś jak pryszcz na tyłku, Charyzjusz. Ciężko się Ciebie pozbyć.
- Wystarczy stosować elementarne zasady higieny, ewentualnie zdezynfekować spirytusem i zakleić plastrem z opatrunkiem. - skwitowałem.
- Mówiłam metaforycznie!
- Guzik tam. - warknąłem - jeżeli już, to przenośnie. Masz, przeczytaj tu sobie, czwarty komentarz od góry. - rzuciłem w jej stronę linkiem. Upadł pod jej stopami. Chelena powolutku schyliła się, by go podnieść, jednak nie spuściła ze mnie wzroku. Zakląłem w duchu, że fortel się nie udał.
Tymczasem Chelena rzuciła okiem na link. Wydęła wargi.
- Przenośnie... Przenośnie to sobie możesz pisać applety w javie.
- Nie tylko w javie. - zaprotestowałem - w Pythonie też.
- W Pythonie? Nie rozśmieszaj mnie. To już lepiej w Perlu.
- Ludzie przeceniają Perla. 70% tego co w nim robią da się napisać w Awku krócej, szybciej, i nie trzeba tony archiwów z CPAN.
- Nie rozśmieszaj mnie! W Awku? To już wolałabym tandem Seda z Grepem!
- Kobieto... - próbowałem nadać mojemu tonowi pogardliwy ton - nie umiałabyś napisać w grepie najprostszego wyrażenia regularnego, nawet gdyby wyskoczyło z krzaków i kopnęło Cię w du...
- Charyzjusz!
Oboje, ja i Chelena obejrzeliśmy się na Misię, która zasłaniała właśnie Charysi uszy. Spojrzała na mnie wzrokiem, przy którym zero absolutne wydaje się dobrze wygrzaną fińską sauną.
- Bez wyrażeń proszę! Nie przy Charysi! - syknęła.
- Nawet bez regularnych?
- Nawet!
- Kochanie, ale ja tylko próbuję uratować nam trojgu życie. - spróbowałem się wytłumaczyć.
- To ratuj, ale bez wulgaryzmów.
- Dobrze, kochanie. - zgodziłem się.
- Pantofel. - prychnęła Chelena pogardliwie. Zagniewało mnie to.
- Tak? A Pani szanowna to kto? Każdy jest chojrak, jak ma taką giwerę w dłoni. A może tak odłożysz ją, i zmierzymy się jak mężczyzna z mężczyzną?
Chelena spojrzała tylko na mnie z politowaniem zanim uświadomiłem sobie idiotyzm tego co powiedziałem, po czym jednym szybkim, krótkim ruchem trzasnęła mnie kolbą w twarz. Upadłem. Z rozbitego nosa pociekła krew.
- Co chcesz z nami zrobić? - spytała Misia.
- Obiecałam Charyzjuszowi koniec cywilizacji. No to patrzcie... - pstryknęła pilotem. Na ekranie telewizora pojawił się jeden z kanałów informacyjnych. Chelena tymczasem obeszła stół i rozstawiła na nim laptoka. Uderzyła kilka razy w klawisze.
- Co robisz? - spytałem, choć powoli zaczynałem rozumieć. Wstałem.
- Widzę, że powoli zaczynasz rozumieć, ale chętnie wytłumaczę to Wam oficjalnie. Prosiaki były końcowym projektem mojego planu. Miały zatrzeć ślady katastrofy, którą właśnie wywołuję. Jednak uświadomiłam sobie, że przecież po apokalipsie nie będzie już żadnej cywilizacji. Nie będzie kto miał mnie ścigać, Prosiaki zatem i tak nie byłyby mi potrzebne. A moje Piesy już dawno zagnieździły się w komputerach.
Poczułem, jak nogi robią mi się jak z waty. Znów rymnąłem na podłogę. Misia potrząsnęła moim ramieniem.
- Charyzjusz, o czym ona mówi?
Westchnąłem.
- P.I.E.S. to Program Inwazyjnej Elektronicznej Sprzedaży. Napisałem go dawno temu dla grupy inwestorów grających krótko na kontraktach terminowych. Dobrze skoordynowany atak Piesów potrafił zbić indeks nawet o kilkanaście punktów. Pół roku temu napisałem w pracy nową wersję Piesa. Zniknęła kiedy robiłem sobie przerwę na kawę. Koledzy mówili, że ktoś przyszedł z archiwum i to zarchiwizował. Ale - podniosłem oczy na Chelenę - to byłaś Ty!
Skinęła głową.
- To byłam ja.
Przygłosiła telewizor. Prezenter właśnie pokazywał na dużym ekranie wartości indeksów największych światowych giełd. Dobiegały mnie strzępy zdań, przeplatane słowami ,,krach'' i ,,panika''. Chelena patrzyła na ekran uśmiechając się krzywo.
- I taki będzie koniec cywilizacji zachodu... - wykonała dłonią niedbały gest. Lufa wycelowanej we mnie broni odchyliła się o kilka cali.
Na to czekałem.
Zsunięty ze stopy but pofrunął w jej kierunku i trzasnął ją w czoło. Odchyliła się do tyłu, odruchowo ściągając język spustu. W suficie otworzyła się okazała dziura. Zasłoniłem oczy w obawie przed osypującym się gipsowym pyłem i odłamkami, nic takiego jednak nie nastąpiło. Zerknąłem w górę - otwór był czysty, jak gdyby ta część sufitu nigdy w ogóle nie istniała. Spojrzałem przed siebie - Chelena znów stała pewnie, celując we mnie. Dłonią trzymała się za skroń. Nie wyglądała na zadowoloną. Spróbowałem grać na czas.
- Broń bitowa? - wskazałem gestem otwór.
Chelena jednak nie była w nastroju do rozmowy.
- Nie jestem w nastroju do rozmowy, a Ty próbujesz grać na czas. Już najwyższa pora skończyć tę przydługą, nudną historię. - uniosła broń do oka i wycelowała. Poczułem, jak plamka celownika tańczy pomiędzy moimi oczyma.
- Celuj wyżej. Nie chcę mieć dziury zamiast nosa. - powiedziałem wstając. Spojrzałem wgłąb lśniącej, oksydowanej na czarno lufy.

_-¯ Huknął strzał.

_-¯ Nie!

_-¯ Chuknął strzał!

_-¯ Chelena otworzyła szerzej powieki i postąpiła krok do przodu. Spojrzała na mnie. W moich oczach zobaczyła odbicie swojej śmierci...

_-¯ Upadła.

_-¯ Za nią, za oknem saloniku, stała Stormlady! Dopadłem okna, roztrąciłem owiniętą w rękaw koszuli dłonią kawałki szyby. Stormlady wciąż stała nieruchomo, przyciskając broń do ramienia.
- Stormlady! - łzy zakręciły mi się w oczach. - Jak? Przecież widziałem...
Opuściła broń i spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Miałam założoną kamizelkę xorującą.
Roześmiałem się głośno, z ulgą, dopiero teraz przyjmując do wiadomości rzeczywistość.
- Ale jak? Przecież nie chodzisz w kamizelce po domu! Skąd pomysł, by ją założyć? - domagałem się dalszych wyjaśnień.
- Wiesz, kiedy Chelena zadzwoniła do moich drzwi, od razu wydało mi się to podejrzane...
- Dlaczego?
- Widzisz, Charyzjusz... Ja nie mam dzwonka.

EPILOG:
_-¯ Zdezaktowowanie Piesów potrwało kilka dni, podczas których na giełdach wciąż dominował czerwony kolor. Ostatniego dopadliśmy dopiero po sześciu miesiącach. Prosiaki, ze względu na fragmenty kodu napisane w WinFX, rozpadły się same po kilkuset godzinach ciągłego działania. Nigdy więcej nie słyszałem o innych członkach organizacji Andioff, choć podobno kilku, wykonując tajne rozkazy Cheleny, wciąż krąży wśród nas.

_-¯ Bądźcie więc czujni!

KONIEC

 
 Oceń wpis
   

_-¯ Dzwonek oderwał Stormlady od laptoka. Spojrzała na zegarek - dochodziła dwudziesta druga. Kto mógł ją niepokoić o tej porze? Przez chwilę wahała się, czy w ogóle podejść do drzwi, czy może udawać że nikogo nie ma w domu. Dzwonek jednak zabrzęczał ponownie, natarczywiej. Jak gdyby sugerując że dzwoniący dobrze wie, że Stormlady jest w domu, oraz że nie odejdzie, dopóki ona mu nie otworzy.
Z lekką niechęcią wstała od komputera, zablokowała starannie ekran i podążyła w stronę drzwi. Przechodząc obok na wpół otwartej garderoby przystanęła. Szósty zmysł, kobieca intuicja radziła, by jednak nie otwierać. Stormlady podeszła do drzwi i rzuciła okiem na videofon - na zewnątrz stała Chelena Choża, w towarzystwie jakichś trzech, obcych postaci.
,,Czego ona może chcieć ode mnie, i dlaczego przychodzi bez Charyzjusza?'' pomyślała, jednocześnie machinalnie naciskając przycisk zwalniania zamka.

_-¯ Drzwi otworzyły się z hukiem.

- A nie mówiłam? - szepnęła w umyśle kobieca intuicja.
Gdyby Stormaldy stała bliżej, niewątpliwie impet rzuciłby nią na ścianę. A tak - została rzucona na podłogę, i nie przez impet ale przez jedną z postaci które wdarły się do środka. Po chwili w polu widzenia pojawiła się Chelena. Uśmiechała się krzywo i jakoś tak paskudnie.
- Borys, posadź ją tam i przywiąż! - poleciła.
Napastnik do tej pory przygniatający Stormlady ciałem zsunął się z niej i szarpnięciem postawił na nogi. Powlókł do wskazanego przez Chelenę fotela i fachowo skrępował ręce za plecami. Dwóch pozostałych w tym czasie ustawiło jakiś przenośny reflektor i kamerę. Stormlady szarpnęła się, sznury jednak trzymały mocno.
- Czy to jakiś żart? - spytała trochę rozpaczliwie, gdyż nic innego nie przychodziło jej do głowy. Od czasu gdy siedziała na tym fotelu przed komputerem, do momentu w którym również na nim siedziała, tyle że skrępowana, minęło co najwyżej sześćdziesiąt sekund. Chelena tymczasem podeszła do niej i stanęła z tyłu. Zaczęła mówić w stronę kamery.
- Drogi Charyzjuszu, gdzieś słyszałam takie oto powiedzenie: ,,Nawet w piekle nie legnie się furia równa złości wzgardzonej kobiety'', chyba na ,,Piratach z Karaibów''
- To powiedział Szekspir. - sprostowała Stormlady i natychmiast tego pożałowała, gdyż otrzymała mocny cios w głowę.
- Nie psuj mi występu, skarbeńku, - wysyczała Chelena - a czy Szekspir to powiedział, będziesz mogła się rychło o tym przekonać, bo będziesz miała okazję zapytać go osobiście.
- Ja nie muszę się przekonywać, ja to wiem.
Oczekiwała kolejnego ciosu, jednak ten nie spadł. Chelena mówiła dalej.
- Tak więc, drogi Charyzjuszu, niejaki Szekspir w ,,Piratach z Karaibów'' powiedział, to co powiedział. Nie chce mi się powtarzać. Twój pech polega na tym, że obróciłeś tę furię przeciwko sobie. Zanim Cię zabiję, zabiorę Ci wszystko, co Ci najbliższe...

_-¯ Siedziałem w jednym z pomieszczeń byłej organizacji L.U.7. Chelena zostawiła mnie tu, usadowionego przed szumiącym monitorem. Ze mną, z bronią wycelowaną w moją głowę, zostało dwóch strażników z cheleniej organizacji Andioff, czy raczej - jak się okazało - Orion. Gorączkowo poszukiwałem metod wydostania się, jednak jak do tej pory mój umysł coraz bardziej utwierdzał mnie w przekonaniu, że sytuacja jest beznadziejna. SuperMałpy zostawiłem w komputerze. Płyta z Widnowsem się roztrzaskała. Namacałem w kieszeni Pendraka i potrząsnąłem nim delikatnie - coś cicho zagrzechotało. Lufa kolnęła mnie w plecy.
- Nie ruszać się! - usłyszałem warknięcie.
- Lekarstwa muszę wziąć! Jeżeli Panna Chelena chce, bym na własne oczy obejrzał koniec świata, a jak kojfnę wam tutaj bo nie wziąłem leków, i to przez was, to nie wiem kto będzie miał bardziej przes.... - ugryzłem się w język. ,,Bez wulgaryzmów!'' - zestrofowałem się w myślach, trochę może zbyt gwałtownie, jednak cała sytuacja trochę mnie zdenerwowała. Dodatkowo irytował mnie fakt, że edytor podkreśli mi pewnie na czerwono wyraz ,,zestrofować''.
Tymczasem powoli wyciągnąłem z kieszeni pendraka i z bijącym sercem wytrząsnąłem sobie jego zawartość na dłoń. Powietrze zeszło ze mnie jak z przekłutego balonu - nie było tam nic wartościowego. Pusty katalog, pół popsutego wirusa, parę linków symbolicznych skopiowanych z jakichś linusków. Żeby chociaż jakiś porządny klucz kryptograficzny, którym mógłbym trzasnąć w łeb pilnujących mnie strażników. Żeby chociaż umowa licencyjna Visty, którą mógłbym użyć do usmażenia im mózgów. Nic. NIC!
Gapiłem się w niemym zdumieniu na leżącą na mej dłoni mizerię, gdy znowu poczułem szturchnięcie.
- Bierzesz Pan te leki, czy nie?
- Zaraz. - odparłem i zamarkowałem połykanie pustego katalogu, po czym wszystko starannie wrzuciłem na powrót do pendraka. W tym momencie śnieżący monitor zamrugał i pojawił się na nim obraz. Zmroziło mnie.
Na ekranie dobrze widziałem przywiązaną do krzesła Stormlady, za którą stała Chelena. Mówiła do kamery.
- Drogi Charyzjuszu, gdzieś słyszałam takie oto powiedzenie: ,,Nawet w piekle nie legnie się furia równa złości wzgardzonej kobiety'', chyba na ,,Piratach z Karaibów''
,,To powiedział Szekspir!'' warknąłem w myślach. Stormlady, która tę samą opinię wyraziła głośno zarobiła cios w głowę. Zamknąłem oczy, uspokoiłem oddech. Muszę ją uratować, przecież musi być jakiś sposób. linki!
Bandziory za mną zainteresowały się przekazem video, toteż moje ponowne manipulacje przy pendraku nie wywołały już poszturchiwania bronią. Drżącymi rękami wyłowiłem linuksowe linki symboliczne. Zdążyć, muszę zdążyć!
Drżącymi palcami, dyskretnie, nawinąłem kawałek czasoprzestrzeni dokoła palca wskazującego i wepchnąłem ją w luźny koniec linku. Udając, że drapię się za uchem lekkim pstryknięciem wyekspediowałem go za siebie. Wylądował w progu, za plecami strażników z Oriona. Dobra nasza. Tymczasem zebrałem drugą porcję czasoprzestrzeni, wetkałem w drugiego linka i umieściłem sobie pod siedzeniem. Za mną coś głośno łomotnęło. Więc plan się powiódł!
Na odgłos upadającego ciała drugi ze strażników odwrócił się w kierunku dźwięku. Poderwałem się i trzasnąłem go pięścią za uchem. Nie dość skutecznie. Ryknął tylko i skierował broń w moim kierunku. Nie wykonałem jednego ruchu. Stałem i uśmiechałem się bezczelnie. To go zastanowiło, zatrzymało, ale tylko na moment. Ściągnął palcem język spustu. Krzesło z nieprzyjemnym trzaskiem wylądowało na jego głowie.
Za nim stał Charyzjusz Chakier.
- Jesteś najlepszy! - pokazałem na niego palcem i roześmiałem się.
- Nie, to Ty jesteś najlepszy! - odwzajemnił gest.
- Uznajmy więc, że jestem najlepszy - odparłem. Uśmiechnął się.
- Tuneluj, bo wywołamy anomalię czasoprzestrzenną. - polecił.
Skinąłem głową i rzuciłem się w skonstruowany przed chwilą most Einsteina-Rosena. Świat zawirował i uspokoił się.

_-¯ Stałem w progu pomieszczenia, w którym przed chwilą siedziałem. Przede mną miałem dwóch strażników z Oriona. Gapili się na monitor. Przed nimi, na krześle, siedział Charyzjusz Chakier.
Nie namyślając się długo chwyciłem za krzesło, które przetunelowało razem ze mną i walnąłem bliższego z drabów. Zwalił się z głuchym łomotem. Drugi natychmiast odwrócił się w moim kierunku. W tym momencie siedzący do tej pory Charyzjusz poderwał się i trzasnął go w łeb. Strażnik znów się odwrócił. Widziałem, jak celuje we mnie (czyli w niego), i jak ,,drugi ja'' uśmiecha się bezczelnie. Krzesło ponownie opadło. Ciało również.
- Jesteś najlepszy - Charyzjusz pokazał na mnie i roześmiał się.
- Nie, to Ty jesteś najlepszy! - odwzajemniłem gest.
- Ustajmy więc, że jestem najlepszy - powiedział. Uśmiechnałem się.
- Tuneluj, bo wywołamy anomalię czasoprzestrzenną. - poleciłem.
Skinął głową i rzucił się w widoczny nad jego krzesłem most Einsteina-Rosena. Zniknął. Krzesło również.
- Tak więc, drogi Charyzjuszu, niejaki Szekspir w ,,Piratach z Karaibów'' powiedział, to co powiedział. Nie chce mi się powtarzać. - dobiegło mnie z monitora. Rzuciłem się do któregoś z ciał, by wymacać krótkofalówkę, telefon, lub jakiś inny komunikator. Tymczasem Chelena kontynuowała.
- Twój pech polega na tym, że obróciłeś tę furię przeciwko sobie. Zanim Cię zabiję, zabiorę Ci wszystko, co Ci najbliższe...
Znalazłem przekaźnik Gaga-Dudu.
- Cheleno! Stój! - wydarłem się z całych sił. Zielona lampka zamigała kilka razy i zmieniła kolor na czerwony. Poniżej pojawił się ozdobiony wesołymi emotikonkami napis: ,Aktualnie serwery są przeciążone, prosimy o spróbowanie za kilka chwil''.
- Charyzjuszu, pożegnaj swoją Stormlady. - powiedziała Chelena z ekranu i zaprezentowała wyciągniętą nie-wiadomo-skąd olbrzymią giwerę. Skamieniały patrzyłem, jak wycelowuje ją w oparcie fotela. Puściła oko w stronę kamery. Błysnęło.
- Nie... - powiedziałem prawie bezgłośnie. Kamera wykonała zbliżenie na bezwładne ciało leżące na podłodze. Po chwili w kadrze pojawiła się znowu twarz Cheleny.
- A teraz zajmę się Twoją rodziną... - oznajmiła, po czym ekran zgasł. Ja już jednak tego nie oglądałem - pędziłem overbandem w stronę domu.

 
Chelena Choża 2008-10-01 00:09
 Oceń wpis
   

_-¯ Spojrzałem na Chelenę, na ciało Heinricha, po czym zadałem tylko jedno pytanie:
- Która godzina?
Chelena odruchowo spojrzała na nadgarstek. To mi wystarczyło. Kocim, sprężystym skokiem rzuciłem się naprzód, próbując impetem obalić przeciwnika. Niestety, w zapylonym pomieszczeniu źle oceniłem odległość i wylądowałem tuż przed stopami Cheleny.
- Dwudziesta trzecia jedena... - spojrzała w dół. Leżałem rozpłaszczony na zasłanej betonowymi okruchami podłodze. Uśmiechnęła się krzywo, i jakby od niechcenia kopnęła mnie w szczękę. Skuliłem się z bólu.
- Wstawaj, łamago, i pod ścianę! - machnęła pistoletem. Posłusznie wykonałem polecenie.
Chelena, cały czas celując w nas bronią, postąpiła parę kroków.
- Chyba tutaj się rozstaniemy, moi drodzy. Miło mi było Was poznać, ale rozumiecie - wszystko co dobre, szybko się kończy. Pani, Panno Lauro, dziękuję za stworzenie Prosiaka. macie tu w L.U.7. doskonałych fachowców, jakkolwiek niedokładnych. A Panu, Panie Chakier, dziękuję za pomoc w okiełznaniu naszego rozbrykanego potworka.
- O czym Ty mówisz!? - Laura, chyba będąc w szoku, nie do końca wiedziała co się dzieje. Ścisnąłem jej dłoń, starając się dodać jej otuchy. Chelena zauważyła gest i roześmiała się.
- Proszę proszę. Pan Charyzjusz znalazł sobie kolejną babeczkę do pocieszania? A o mnie już zapomniałeś?
Podeszła do mnie. Blisko. Bardzo blisko. Dostrzegłem w tym swoją szansę, lecz Chelena - jakby odczytując moje myśli - gwizdnęła cicho. Z pyłu korytarza wynurzyły się trzy sylwetki w ciemnych uniformach. Czerwone kropki laserowych celowników zatańczyły na piersi Laury i moim czole.
- Zaskoczony?
- W sumie... tak. - przyznałem - Skąd niby mogę wiedzieć, że w moje czoło ktoś celuje? Przecież nie patrzę na siebie z zewnątrz.
- Charyzjuszu, widzisz to odbite w głębokiej jak jeziora toni moich oczu. - rzuciła wytartym tekstem, na który zwykle podrywałem panny na imprezie. Uśmiechnąłem się gorzko. Zawsze działał. Wystarczyło powiedzieć ,,Uwielbiam oglądać, jak moja miłość do Ciebie odbija się w głębokiej jak jeziora toni Twoich oczu, maleńka'' i każda była moja... ZARAZ!

_-¯ Retrospekcja. Siedem lat temu. Impreza u M1m00ha. Zaczepiam młodą, zdolną, fajną chakierówkę. Bawimy się, rozmawiamy. Rzucam jej tekst o jeziorach. Mamy już razem wyjść, gdy nagle pojawia się Stormlady. Zostawiam tamtą bez słowa...

- To byłaś Ty! - wyszeptałem. Coś, jakby cień łzy błysnął w kąciku jej oka i szybko zgasł. Chwyciła mnie z tyłu za włosy, pociągnęła ku sobie i wpiła w moje usta, po czym szarpnięciem oderwała od siebie.
- To byłam ja! I od tamtego czasu planowałam zemstę! Na Tobie i tej... Tej... - zabrakło jej słów. Odepchnęła mnie z gniewem.
- A teraz zapłacisz mi za to! Ty i wszyscy! - skinęła dłonią. Z korytarza wychynęło jeszcze kilka sylwetek. Nowo przybyli podbiegli do Prosiaka podpiętego do debuggera, zerwali połączenia i zapakowali go do przyniesionego pojemnika. Zniknęli w taki sam sposób, w jaki się pojawili.
- Po co Ci to? - spytałem.
- Zapłacisz. Wszyscy zapłacą. - wycedziła.
- Po co mnie w to wplątywałaś? - wciąż nie rozumiałem. Jednocześnie pragnąłem nakłonić ją do zwierzeń i w ten sposób zyskać na czasie. Zadziałało.
- Widzisz, kochany Charyzjuszu. Od momentu kiedy zostawiłeś mnie jak zużytą chusteczkę higieniczną planowałam zemstę.
- Ładna metafora. - pochwaliłem.
- Dziękuję. Tak więc od tego momentu planowałam zemstę. Zamyśliłam stworzyć wirusa, który pobije Ciebie na Twoim własnym polu. Wirusa doskonałego. W tym celu wynajęłam tych tu - machnęła ręką w stronę Laury - z organizacji L.U.7. Nakłoniłam ich, by w procedury Prosiaka wpletli stworzone przeze mnie algorytmy, także te dotyczące zdalnej kontroli. Niestety, coś spieprzyli i Prosiaki zaczęły żyć swoim własnym życiem. Mogłyby zniszczyć nie tylko Ciebie, ale i mnie. Dlatego zgłosiłam się, byś zapobiegł tragedii - zaśmiała się, po czym kontynuowała - Przerobimy schwytanego przez Ciebie Prosiaka tak, by odpowiadał naszym potrzebom. Znów zacznie się nas słuchać. A potem cały świat zadrży przed organizacją Orion!
Zrozumiałem.
- Andioff? Tak?
- Tak. And i off. Or i on. Szkoda, że wcześniej nie byłeś tak bystry. - znów się roześmiała. Zwiesiłem głowę.
- Dopięłaś swego. Upokorzyłaś mnie. Możesz mnie zabić, ale dlaczego mają cierpieć niewinni ludzie?
Chelena parsknęła.
- Zabić Ciebie? O nie... Straciłbyś najlepsze. Ciebie zabiję na końcu. Najpierw na własne oczy obejrzysz koniec Twojej cywilizacji!
Ktoś chrząknął. Obróciliśmy się w tamtym kierunku.
- Czy nie sądzi Pani, Panno Cheleno, że ostatnio w Pani wypowiedzi za dużo wykrzykników? - powiedziała Laura.
- Nie! Nie sądzę!
Huknęły trzy strzały. Laura ze zdumieniem przyjrzała się trzem nowym otworom we własnym ciele.
- Heinrich, Ich komme... - wyszeptała i padła na ciało swojego ochroniarza. Przypomniał mi się w tym momencie jakiś film, oglądany z taśmy VHS w latach 80 zeszłego wieku, ale tamta scena zasadniczo różniła się kontekstem od aktualnej.
Zacisnąłem zęby, jednak moje wojownicze zapędy skutecznie pohamowała lufa wbita pod żebra.
- A teraz, mój drogi Charyzjuszu, odwiedzę Twoją słodką Stormlady - usłyszałem.

Zawyłem jak zraniony lew. Rzuciłem się na Chelenę, jednak opadająca kolba w zetknięciu z moją potylicą miała przewagę. Lądując twarzą na podłodze właśnie dochodziłem do wniosku, że w sumie to jest mi wszystko jedno.

 
Zawsze może być gorzej 2008-09-28 21:20
 Oceń wpis
   

_-¯ Ze stropu posypał się pył, zawyły syreny alarmów. Na wpół ogłuszony wtoczyłem się pod najbliższy stolik, instynktownie szukając jakiegoś schronienia. Pod sąsiednim stolikiem kuliła się Laura.
- Co się dzieje?! - wrzasnąłem.
Laura otworzyła usta by mi odpowiedzieć, gdy pomieszczeniem targnął kolejny wybuch. Wszystko podskoczyło. Część komputerów i monitorów pospadała na podłogę. Do tego wszystkiego włączyły się zraszacze przeciwpożarowe, dodając swoje trzy grosze do ogólnego zamieszania. Jakby tego było mało, z rozpękłych obudów pecetów zaczęły wysuwać się włochate macki. No tak - wybuch musiał uszkodzić klatki Faradaya - teraz już nic nie trzymało Prosiaków we wnętrzach komputerów.
Jednym susłem przeskoczyłem do schronienia Laury, która właśnie wykrzykiwała jakieś komendy do wyszperanego z torebki komunikatora.
- Heinrich! Was ist los?
Hainrich wyrzucił z siebie krótki, szczekający raport w języku Goethego, z którego zrozumiałem tylko ,,schießen'' i ,,abwehr''. Laura zaklęła krótko i zwróciła się do mnie.
- Zostaliśmy zaatakowani. Nie wiem jeszcze, przez kogo, ale jest ich dużo i są świetnie wyszkoleni. Musimy uciekać. - poderwała się, gotowa wybiec przez wyrwaną przez eksplozję dziurę w ścianie. Przytrzymałem ją za nadgarstek.
- Gdzie jest Chelena?
- Nie wiem. - warknęła i wyswobodziła rękę - Idziesz ze mną, czy nie?!
- Muszę poczekać na Chelenę!
- To sobie czekaj! - odwróciła się, zrobiła krok i runęła z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Spostrzegłem, że z najbliższego dziurze komputera wystrzeliła włochata macka i owinęła się wokół jej łydki. Wielki Prosiak, ciągnąc ku sobie Laurę, jednocześnie pozostałymi mackami metodycznie pozbywał się krępującego gorsetu strzaskanego plastiku i metalu.
- Chaaaakieeeer! Ratuj! - wydarła się Laura - Zróóób coooś!
Sięgnąłem do kieszeni po SuperMałpę i ze zgrozą uświadomiłem sobie, że cały ich zapas zostawiłem przecież w komputerze. Płyta CD! Odwróciłem się do podłączonego do debuggera, leżącego na stole Prosiaka i wraziwszy mu rękę do paszczy namacałem krążek. Wyszarpnąłem go i z rozmachem cisnąłem w wielgachnego paskuda.

_-¯ Czas zwolnił. Wirujący dysk pomknął po pięknej krzywej ku celowi. Spostrzegłem, jak kilka macek podrywa się w rozpaczliwym geście osłonięcia cielska, jak mijają CD-ROM o milimetry, jak płyta zbliża się do paskudnej, rozwartej paszczy...
...jak mija tę paszczę, trafia w ścianę i roztrzaskuje się na srebrne drzazgi.
Czas popatrzył na mnie i pokiwał głową z dezaprobatą. Nie powiedział nic głośno, ale widziałem jak jego usta układają się w słowo ,,zezun''.

_-¯ Spojrzałem na Prosiaka, który właśnie uniósł Laurę w górę, nad swoją paszczę. Zaryczał tryumfalnie. Ja też się uśmiechnąłem.
- Ty! Włochaty! Patrz na mnie, jak do Ciebie rozmawiam! - cisnąłem w stwora najbliższą klawiaturą. Tym razem trafiłem. Monstrum zamarło na moment, gdy jego algorytmy rozbioru leksykalnego i gramatycznego głowiły się nad frazą ,,do Ciebie rozmawiam''. To mi wystarczyło - skoczyłem w kierunku trzymającej Laurę macki i przygniotłem do do ziemi.
- Teraz! - Krzyknąłem w kierunku postaci która pojawiła się w wyrwie ściany.
Heinrich ściągnął spust. Kilkadziesiąt pocisków, kaliber 5.56mm, z ochotą opuściło jego M16A1 i zagłębiło się we włochate cielsko. Poczułem, jak przygniecioną przeze mnie mackę przebiega skurcz, po czym wszystko wiotczeje. Zerknąłem na siebie - potwór spływał ze ściany, poznaczonej posoką i odpryskami od pocisków, które przeszły przez niego na wylot.
Laura z odrazą wyswobodziła się i stanęła na równe nogi. Ja również się podniosłem.
- Heinrich... Danke schön. - powiedziała to prawie czule.
Heinrich wyprężył się sprężyście.
- Zum Befehl, mein Herr! - strzelił obcasami.
Twarz Laury stężała. Zauważyłem, jak odruchowo sięga do biodra, gdzie była kabura.
- Nie mów do mnie Herr!
Padły trzy strzały. Każdy z nich podrzucił Heirnichem jak szmacianą lalką. Ostatnią rzeczą, jaką spostrzegłem w jego oczach, było niezrozumienie. Spojrzałem na Laurę i odczytałem w jej oczach to samo. To nie ona strzelała...
Heinrich runął na twarz, odsłaniając stojącą za nim sylwetkę mordercy.

_-¯ W zapylonym korytarzu, trzymając wciąż w wyprostowanych rękach dymiące M9, stała Chelena Choża.

 
Gorzej być nie może 2008-09-23 23:08
 Oceń wpis
   
_-¯ Cofnąłem się, by nie wejść w pole rażenia, gdy SuperMałpa rozpoczęła swój morderczy ostrzał. Prosiaki pędzące na przodzie zostały dosłownie rozniesione na strzępy, które z kolei poszarpały te biegnące za nimi. Obserwowałem to z chłodną obojętnością, metodycznie rozstawiając kolejne SuperMałpy. Wiedziałem, że kanonada nie uszła uwadze reszty mackowatych stworów, które już w tej chwili zaczęły napływać coraz szerszą strugą. Przypominało mi to scenę z ,,Aliens'', gdy gromady Obcych atakowały stanowiska automatycznych karabinów maszynowych... Niestety, karabinom w pewnym momencie zabrakło amunicji.

_-¯ Skończyłem. Setki, tysiące, setki tysięcy godzin spędzonych nad robakami w labiryncie przyniosło efekty. Stworzyłem obronę nie do przejścia. Teraz pozostało mi jedynie przyglądać się zagładzie kolejnych Prosiaków. Ta-ta-ta, pac-pac-pac, ta-ta-ta - brzmiało staccato wystrzeliwanych pocisków, przemieszane z plaśnięciami rozrywających się ciał. Usiadłem koło najbliższej SuperMałpy, uważając by nie dostać się w zasięg wyskakujących, gorących łusek. Zastanowiłem się: mógłbym tu siedzieć pewnie i kilka sekund, czekając aż moje małpki skończą. Ale co by mi to dało? Oczyściłbym z intruzów komputer. Jeden komputer. Nie o to jednak chodziło. Oczyścić hardware z morderczych wirusów można było szybciej i prościej, nie narażając przy tym życia. Wystarczyło dokonać eutanazji Widnowsów poprzez instalację morderczego Linuska - systemu tak toksycznego, że w środowisku tym nie radziły sobie żadne żywe organizmy, nie wyłączając wirusów. Mógłbym odkazić Linuskiem całą sieć, obracając wszystko w jałową perzynę, na której Prosiaki zdechłyby ja meduza na pustyni. Mógłbym...
Nie. Trzeba działać inaczej. Trzeba żywcem złapać jednego z tych małych drani. Tylko jak? Wsadziłem rękę do kieszeni z chakierskimi przyborami i wkrótce wymacałem to, co chciałem. Ściskając przedmiot w garści zapauzowałem małpę przy której siedziałem, tworząc lukę w nieprzebytym systemie obronnym. Nie trzeba było długo czekać, by pierwsze paskudy zorientowały się w słabości tego odcinka. Sąsiednie SuperMałpy w miarę możliwości kierowały w tę stronę ogień, jednak musiały bronić własnych pozycji. Poczekałem, aż kilka nacierających Prosiaków zbliży się na odległość rzutu...

_-¯ Cisnąłem przedmiot. Upadł nieco zbyt blisko, na szczęście upadł na krawędź. Patrzyłem, jak toczy się w kierunku wijących się włochatych macek. ,,No, dalej!'' ponagliłem napastników w myślach. Prosiaki zamarły. Czyżby zwietrzyły podstęp? Nie, ich centralny ośrodek decyzyjny znał tylko jeden werdykt: seek and destroy. Najbliższy osobnik dopadł w kilku susach do cd-romu i pochłonął go z furią. Fakt ten jak gdyby dodał mu sił - zjeżył się i błyskawicznie runął w moim kierunku. Sąsiednie SuperMałpy skoncentrowały na nim ogień, lecz były zbyt daleko, a poprawka na prędkość celu była zbyt mała - pociski uderzyły z tyłu, za pędzącym, rozmazanym kształtem. Odpauzowałem SuperMałpę, Prosiak był jednak zbyt blisko. Wykonał skok - dostrzegłem spiczaste zęby w ssawkowato ukształtowanej paszczy. Spojrzałem na zegarek. ,,Już powinno zadziałać'' pomyślałem i postąpiłem krok w bok.

_-¯ Lecący Prosiak minął mnie o nanometry i wrył się w ziemię, wzbijając obłok kurzu. Sposób, w jaki upadł nie sugerował w niczym tego czym był przed chwilą: doskonałą, szybką i sprawną maszyną do zabijania. Upadł jak kawał mokrej szmaty. Naprężone do tej pory macki zwiotczały, od czasu do czasu drżąc w lekkich konwulsjach. Podszedłem do stwora i kopnięciem obróciłem go na bok - tak, by widzieć jego pysk. Na jednej z mięsistych warg dostrzegłem kawałek naklejki, którą oznaczyłem CD-ROM: ,,Widnows 95OSR2''. Taaaak... jeżeli trzeba było uczynić z jakiegoś komputera przycisk do papieru - to oprogramowanie nie miało sobie równych. Było chyba nawet gorsze niż Linusk, gdyż instalacja Linuska była jak spożywanie gorzkiej trucizny, a instalacja Widnows 95 - jak ,,złoty strzał'': komputer umierał zalany feerią kolorowych okien, gadających psów i tańczących spinaczy. A na końcu czekał go już tylko kojący oczy błękit BSODa - ekranu śmierci...
Westchnąłem, zarzuciłem sobie drgające cielsko na plecy i ruszyłem do swojego X.25. Obejrzałem się na SuperMałpy, zastanawiając się czy nie zabrać ich ze sobą - po namyśle jednak zdecydowałem się pozostawić je na swoich miejscach. Wrócę po nie, gdy to całe szaleństwo się skończy.

_-¯ Strażnik na firewallu nie zadawał pytań. Złowiłem jedynie jego zaskoczone spojrzenie, gdy dostrzegł wystającą spod plandeki jedną z włochatych macek Prosiaka, nie miałem jednak ochoty ani czasu mu niczego tłumaczyć. Udając, że nie zauważam jego gestykulacji ominąłem zgrabnie opuszczający się szlaban i pomknąłem z powrotem do realnego świata.

_-¯ Wygramoliłem się z pakietu i przeciągnąłem, aż mi coś chrupnęło w krzyżu. Poruszanie się w X.25 potrafiło dać się we znaki. Laura Urszula i Chelena siedziały przy stoliku i najwyraźniej rozprawiały o czymś nieistotnym - jak to kobiety. Wyglądało na to, że nawet nie zauważyły mojego przybycia. Ściągnąłem plandekę z Prosiaka i kaszlnąłem teatralnie. Obie, jak na komendę spojrzały w moją stronę, a ich oczy momentalnie zrobiły się wielkie jak spodki. Brzęknął przewrócony taboret - to Chelena cofała się tyłem w stronę wyjścia.
- Cheleno! Bez pleonazmów, proszę! - skarciłem ją.
To ją trochę otrzeźwiło. Stanęła i wskazała palcem na leżący na naczepie kształt.
- To! Przyniosłeś to! Tutaj?! Po co?!
- Bo chcę zobaczyć, co ma w środku. Taki ze mnie chakier-badacz. - odparłem kwaśno - Zawsze lubiłem sprawdzać, co sprawia że miś piszczy, jak mu się naciśnie brzuszek.
- A jak się zbudzi?
- ...to nas zje... - dokończyłem na melodię pamiętanego z przedszkola ,,Stary niedźwiedź mocno śpi''. Jakoś niestety nie wzbudziłem tym żartem entuzjazmu.
Widząc, że nikt nie kwapi się z pomocą podniosłem Prosiaka i przeniosłem na najbliższe biurko. Z uwagą i profesjonalizmem zbindowałem mu macki do blatu, by w razie ocknięcia się (na co jednak nie liczyłem) uniemożliwić stworowi ucieczkę, czy też atak. Znów sięgnąłem do kieszeni i po chwili trzymałem w ręku aparacik, przypominający skrzyżowanie stetoskopu z oscyloskopem.
- Co to jest? - spytała Chelena.
- Debugger.
Spojrzała z niedowierzaniem.
- Zawsze myślałam, że debuggery to takie długie cylindry z rozpylaczem na końcu.
- Tak. - zgodziłem się - Z tym że to są debuggery na muchy i komary. Ten mój to debugger na programy.
- I co z nim zrobisz?
- Ano, przekonamy się co też tego stworka napędza...
- Aha. - przytaknęła, jednak wydawało mi się że moje dywagacje raczej ją zdenerwowały niż uspokoiły. Obróciła się i wycofała w kąt pomieszczenia, ja zaś zabrałem się do analizy. Podpiąłem śledzenie do funkcji zegara, gdyż - jak słusznie sądziłem - wkrótce zaprowadzi mnie do pętli głównej. Tak też się stało. Włączyłem wizualizację śledzenia i rozejrzałem się w sytuacji. Mina mi zrzedła.
- No, to chyba gorzej być nie może - powiedziałem głośno, licząc na zainteresowanie. Zainteresowania nie było. Rozejrzałem się - Laura pisała coś w niewielkim notesie, Cheleny nie zauważyłem. Chyba wyszła do toalety...

_-¯ Potężna eksplozja wyrwała kawał ściany i cisnęła nas na podłogę.
 
Odpor je marný 2008-09-19 19:36
 Oceń wpis
   
_-¯ Pomykałem w moim X.25 ze zrywającą kask szybkością 56kpbs. Ażurowa konstrukcja dygotała i trzeszczała przy każdym mijanym węźle. Spojrzałem na zegarek - leciałem już sporo ponad sto milisekund, a nie dotarłem nawet do routera brzegowego. No, ale w sumie sam chciałem. X.25 to X.25. Mogłem wysiąść, nazbierać grzybów i wrócić, a pojazd przez ten czas nie oddaliłby się zbytnio. Z nudów przepatrzyłem wszystkie schowki, lecz oprócz pustej torebki po paluszkach, zakrętki od wody mineralnej i mocno wyeksploatowanej gazety dla mężczyzn niczego ciekawego nie znalazłem. Podczas takich podróży czasami żałowałem, że nie jestem kobietą. Obserwowane przeze mnie panie zawsze potrafiły sobie znaleźć jakieś zajęcie: poprawić fryzurę, makijaż, uszminkować się, zrobić manicure, tipsy, chipsy, nakarmić siedzące z tyłu dzieci czy co tam. A co może zrobić facet? Siedzieć za kółkiem i patrzeć przed siebie. A w X.25 nawet kółka nie było...
Kolejne szarpnięcie wyrwało mnie z tych rozważań. Wchodziłem właśnie do kolejki wejściowej jakiegoś firewalla. Byłem sam, więc od razu podjechałem pod stanowisko odpraw. Po drugiej stronie siedział jakiś zarośnięty typ. Rzucił na mnie okiem i niechętnie podszedł do okienka.
- Pan? - spytał.
- Ja. - odparłem grzecznie.
Zrobił minę jakby rozmowa ze mną sprawiała mi ogromny ból. Westchnął, zamknął oczy, otworzył, po czym westchnął jeszcze raz. Wreszcie znów się odezwał.
- Pan do kogo?
- A, tak wpadłem pozwiedzać.
- To proszę zwiedzać gdzie indziej. Nie przyjmujemy przychodzących połączeń.
- Nawet takich malusich? - zrobiłem zbolałą minę i pokazałem palcami, jak małych.
- Nawet.
Podrapałem się po głowie.
- A UDP?
- Tylko torrenty.
Uznał, że najwidoczniej temat został wyczerpany, bo trzasnął szybą i wrócił w głąb pomieszczenia, gdzie - jak zdążyłem już zauważyć - zajął się oglądaniem serialu ,,M jak Mikroprocesor''. Tymczasem ja wysiadłem i przyczepiłem sobie z tyłu dmuchaną naczepę, do łudzenia przypominającą fragment protokołu P2P. Tak - X.25 może i nie były demonami prędkości, za to z pomocą nożyczek, kartonu i taśmy samoprzylepnej można było upodobnić je do czegokolwiek. Sobie przykleiłem pod nosem kawałek grzebienia, by wyglądał jak wąsy. Całości dopełniła czapka z daszkiem. Nonszalanckim krokiem podszedłem do okienka i zastukałem w szybę, starając się by pukanie miało możliwie zniecierpliwiony charakter.
- Szefie, gdzie na E-Mule? - krzyknąłem zanim jeszcze strażnik firewalla otworzył swój kramik.
- Co? - zainteresował się, gdy wreszcie dotarł na miejsce.
,,Nie mówi się ,,co?'' tylko ,,słucham'' - poprawiłem go w myślach, głośno zaś powiedziałem:
- Na E-Mule gdzie? Port 6881?
Pogmerał w kwitach.
- Nie mam E-Mule na 6881. Tam tylko Azureus.
Nachyliłem się do środka, by zerknąć mu w papiery, jednak przygarnął je do siebie.
- Pokaż no Pan, pewnie, cholera, znowu kwita źle ktoś wypełnił. Mam tu gdzieś zlecenie... - poklepałem się po kieszeniach i w końcu wyciągnąłem z jednej z nich wydartą wcześniej ze znalezionej gazety stronę z anonsami towarzyskimi. Podetkałem mu je pod nos.
- Pacz Pan. Victoria. Suma kontrolna +48-816-80085. Port 6881. Angielski dobrze.
- A ta reszta? - wskazał dalszą część rubryki z ogłoszeniami.
- Resztę normalnie dalej biorę. Miałem kurs normalnie to tranzytem tędy, ale kolega co normalnie na tej trasie jeździ musiał wolne wziąć, a ładunek nieduży to się zgodziłem. Normalnie.
Zarośnięty nie wyglądał na przekonanego.
- Kiedy ja nie mam zlecenia na to...
Wzruszyłem ramionami.
- No to zwalę to tutaj, ktoś się po to zgłosi.
- Stop! - zarośnięty zamachał rękami i wybiegł z budki - Zablokuje mi Pan cały wjazd.
- To już nie mój problem.
- Dobra, dobra! Jedź Pan już, jedź. Tylko cholera wirusów mi Pan nie wwieź, bo mnie z roboty wywalą!
- Spokojna głowa! Wręcz przeciwnie! - odkrzyknąłem, znikając u wlotu wewnętrznego stosu IP maszyny...

_-¯ Będąc już w środku zaparkowałem w nierzucającej się w oczy kolejce do forwardowania, która wyglądała na wyłączoną z użytkowania. To zapewniało mi minimalne zainteresowanie ciekawskich. Szybko też znalazłem szyb serwisowy, którym przedostałem się do warstwy transportowej, a przez nią do warstwy sesji, prezentacji i aplikacji. Kiedy wystawiłem głowę na najwyższym poziomie aż westchnąłem z wrażenia. Spoglądałem na olbrzymią infrastrukturę systemu operacyjnego... Gigantyczne, strzeliste wieże procesów wymieniały informacje błyskającymi nitkami połączeń. Szerokopasmowe, wielobitowe magistrale danych przecinały przestrzeń ogromnymi wstęgami, zdolnymi pomieścić i w ułamku sekundy przenieść tony danych. A pomiędzy tym wszystkim grasowały Prosiaki. Zastanawiałem się, jak to robią, że są jednocześnie tak mackowate i włochate. W rzeczywistym świecie te dwie cechy raczej się wykluczały - nigdy nie widziałem owłosionej ośmiornicy, no - może z wyjątkiem ortodoksyjnych, odredowanych rastamanów.
Tymczasem Prosiaki pędziły szerokimi magistralami i dopadały kolejnych konstrukcji. Wgryzały się w tworzące fundamenty funkcje niskopoziomowe. Wdrapywały po zewnętrznych ścianach interfejsów użytkownika. Wybijały dziury w oknach ramek TCP. Zajmowały kolejki. Przepełniały sterty. Blokowały semafory. Przewracały gniazda. Jeżeli kiedyś uczestniczyliście w zebraniu kółka filatelistycznego - to macie doskonałe pojęcie że to, co teraz obserwowałem, nijak nie przypominało działań filatelistów. Gdybym mógł - jęknąłbym ze zgrozy. Zamiast tego wdrapałem się na stojący opodal hydrant i wrzasnąłem. Nie ze zgrozy. Z hydrantu.
Nie uszło to uwagi najbliższych Prosiaków. Odwróciły się, nieco zaskoczone - do tej pory ich niszczycielskim działaniom towarzyszyły jedynie przerażone piski uciekających danych i głuche, mruczne odgłosy walących się aplikacji (mruczny jest odgłosem podobnym do mruczącego, tylko nieco krótszym). Tymczasem teraz ich oczom (których na razie nie potrafiłem zidentyfikować) objawiło się coś, co nie tylko nie uciekało w panice, ale jeszcze bezczelnie się uśmiechało...
Stałem wciąż na hydrancie, czekając na ruch przeciwnika. Wiedziałem, że w tej chwili dane z systemów wejścia wideo przetwarzane są przez prosiakowe algorytmy identyfikacyjne, by następnie zostać przekazane do jednostek decyzyjnych. A decyzja w przypadku Prosiaków zawsze była taka sama: seek and destroy. Minęło kilka nanosekund i najbliższe osobniki runęły w moim kierunku.

_-¯ Patrzyłem na zbliżający się ku mnie mackowato-włochaty kłąb. Zeskoczyłem z hydrantu i sięgnąłem do kieszeni. Wyłuskałem z niej coś, co kiedyś bardzo przydało mi się w czasie zabawy pewnymi fajnymi balonami, dwoma. Wyjąłem mój gadżet, nadmuchałem i postawiłem obok siebie. Prosiaki - widząc nowy obiekt - na chwilę zwolniły. Niemal słyszałem, jak część mocy przetwarzania znów trafia do systemów wejścia i identyfikacji. Wykorzystałem tę chwilę na wygłoszenie mojej ulubionej kwestii ze ,,Star Treka'':
- My jsme Borgové. Odpor je marný, budete asimilováni...
...po czym przestawiłem SuperMałpę w tryb autofire.
 
Procedury z Oriona 2008-09-14 23:58
 Oceń wpis
   
_-¯ Zabębniłem palcami po blacie biurka. Coś mi nie pasowało.
- Jak to się stało, że nie panujecie nad Waszym własnym wirusem? Przecież sami go stworzyliście!
- Cóż...
- Chwileczkę, jeszcze nie skończyłem. Chciałbym postawić sprawę jasno: Pani, Pani Lauro, powie mi w tym momencie wszystko, szczerze, o Prosiakach. Wszystko. Wszystko, co chcę wiedzieć, jak również wszystko, co według Pani chciałbym wiedzieć. O potem powie mi Pani również całą resztę. Czy wyraziłem się zrozumiale?
Laura zacięła usta. Z wyrazu jej twarzy wynikało, że stacza wewnętrzną walkę. Urażona zawodowa duma walczyła najwyraźniej ze zdrowym rozsądkiem. W końcu zdecydowała.
- Dobrze. Powiem Panu wszystko.
- Słucham zatem.
- Prosiak, jak Pan zapewne wie, to skrót od nazwy PROfesjonalny System Inteligentnego Ataku Komputerowego. Pracowaliśmy nad tym projektem od pół roku, ale miesiąc temu uzyskaliśmy niespodziewanego sprzymierzeńca. Skontaktowali się z nami ludzie podający się za reprezentantów grupy Orion. Okazało się, że wiedzą o nas dużo. Bardzo dużo. Na tyle dużo, że upubliczniając te dane mogliby nie tylko zaszkodzić projektowi Prosiak, ale i całej organizacji L.U.7.
- Zaszantażowali Was?
- Można to było tak określić. Jednak, jak powiedzieli, zależało im tylko na współpracy. Chcieli współtworzyć Prosiaka. W zamian za możliwość wykorzystania gotowego wirusa oferowali nam swoje własne procedury szybkiego transferu, skanningu i ukrywania. Szybkie, niewielkie, i niezwykle skuteczne.
- Przetestowaliście je?
Laura prychnęła, jakbym spytał ją czy umie wiązać sznurowadła. Odpowiedziała jednak.
- Oczywiście, proszę spojrzeć na wyniki.
Nacisnęła kilka klawiszy na najbliższej klawiaturze, wywołując prezentację. Na ekranie pojawił się wesoły spinacz ze wskaźnikiem, który raźno zaczął rozwijać kolejne wykresy. Spojrzałem na pierwszy, lecz zanim zdołałem odczytać podpisy pod osiami współrzędnych wykres wybrzuszył się i pękł, rozerwany na strzępy. Spinacz rzucił się do panicznej ucieczki, jednak nie zdążył wybiec nawet za krawędź ekranu. Kolejny Prosiak wyskoczył z umieszczonego w rogu pojemnika na zużyte dokumenty i dopadłszy go w dwóch susach, skręcił mu kark.
- Przepraszam, zapomniałam że komputery są zainfekowane. Na szczęście mamy dokumenty również w formie papierowej. Kurt!
Strażnicy przy drzwiach spojrzeli po sobie. W końcu jeden z nich przełknął ślinę, i postąpiwszy kilka kroków odezwał się:
- Meine Dame, Kurt ist to...
Nie dokończył. Laura z wyrazem złości odwróciła się i wypaliła mu w pierś z bliskiej odległości.
- Nie pytałam Ciebie o opinię, Jurgen!
Jurgen otworzył jeszcze usta, jak ryba łapiąca powietrze, po czym zwalił się na podłogę. Laura smętnie pokiwała głową.
- I jak ja mam w takich warunkach pracować? Kurt!
- Wydaje mi się, że niedawno go Pani zastrzeliła. - przypomniałem delikatnie.
Laura zrobiła zaskoczoną minę, po czym w jej oczach pojawiło się zrozumienie. Uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
- Faktycznie! Ale ze mnie zapominalska. Jurgen!
- Jego też Pani zastrzeliła. Chciał powiedzieć, że Kurt nie żyje.
- Faktycznie. To tak zabrzmiało... Poczciwy Jurgen... Awansuję go pośmiertnie na starszego strażnika. Ucieszy się. - obejrzała się i skinęła głowę na ostatniego ze znajdujących się w pokoju wartowników.
- Heinrich. Przynieś prędziutko wyniki testów procedur z Oriona. A potem... - spojrzała na rozlewającą się po posadzce szkarłatną plamę - ...potem posprzątaj po Jurgenie. I Jurgena też posprzątaj.
Heinrich strzelił obcasami i wybiegł, by po chwili wrócić z plikiem papierów, które mi wręczył. Zagłębiłem się w nie z ciekawością.
Wyniki testów wyglądały obiecująco. Procedury, dostarczone przez samozwańczych wspólników L.U.7. wypadały naprawdę doskonale. Transfery sięgały kilku megabitów nawet przy użyciu kilkusetbodowych, starych modemów. Skanowanie luk w atakowanych systemach było nie tylko szybsze, ale również obejmowało szerszy zakres przeszukiwania systemu pod kątem ewentualnych luk. Zaś ukrywanie...
- Gdzie są testy procedur ukrywania?
Laurę wyraźnie ucieszyło to pytanie. Wskazała na trzymany przeze mnie plik papierów.
- Przetestowaliśmy je w niestandardowy sposób, stosując je na nich samych. Wyniki są na stronie piątej.
Przerzuciłem kilka kartek i stwierdziłem, że strony piątej brak. Po czwartej była od razu szósta.
- Po czwartej jest od razu szósta. - wyartykułowałem.
Laura tylko się uśmiechnęła.
- No właśnie.
Zrozumiałem, i dopiero teraz zauważyłem dołączony do pliku z dokumentami mały pojemniczek destealthera. Delikatnie spryskałem nim to, co leżało przede mną. W poświacie niewielkich wyładowań elektrostatycznych na stronie szóstej zmaterializowała się nowa, oznaczona cyfrą pięć.
- Ładnie - skwitowałem podziwiając wykres wydajności i skuteczności. W miarę jak destealther wyparowywał, kartka zaczynała blednąć, by po chwili znów zniknąć zupełnie.
- Prosiaki tak potrafią? - spytałem. Laura kiwnęła głową.
- Co jeszcze powinienem wiedzieć?
- Pierwsze testy Prosiaków na maszynach wirtualnych przypadły nad wyraz pomyślnie. Skuteczność 100 na 100. Symulowaną kilkusetkomputerową sieć opanowały w siedem minut.
- Niezbyt imponujący wynik. Mój Pathfinder opanował jedną z sieci akademickich w niespełna pięć minut. - pochwaliłem się.
Laura tylko wydęła wargi z dezaprobatą.
- Być może, tylko że Prosiaki opanowały komputery, które nie były ze sobą połączone.
Gwizdnąłem cicho. - Ładnie. A jak to zrobiły?
- Nie wiemy.
- Jak to? - zdziwiłem się.
- Tak to, że zaraz po opanowaniu sieci symulowanej przedostały się na komputer przeprowadzający symulację. A potem - tutaj. - zatoczyła ręką dokoła.
- Logi ostatniej aktywności?
- Zeżarły.
- Cholera...
Wstałem i przeszedłem się nerwowo tam i z powrotem. Nie podobało mi się to, co za chwilę chciałem powiedzieć, ale nie miałem wyjścia.
- Przygotujcie mi ramkę X.25. Złapię jednego i zobaczymy, co ma w środku.
Chelena, do tej pory przysłuchująca się naszej dyskusji z wyrazem lekkiego znużenia momentalnie się ożywiła.
- Charyzjusz! Nie rób tego! Przecież możesz zginąć!
- Możesz zginąć to moje drugie imię. - odrzekłem starając się sparafrazować zasłyszane ostatnio na jakimś filmie powiedzenie, ale chyba mi nie wyszło. Wzruszyłem więc tylko ramionami, wcisnąłem się w podstawiony przez Heinricha pakiet i wcisnąłem się w sieć.
 
L.U.7. 2008-09-08 22:55
 Oceń wpis
   

_-¯ Szarpnąłem się kilka razy, próbując uwolnić ręce. Bezskutecznie. Przeklęty real. W cyberprzestrzeni mógłbym przynajmniej próbować zmienić pierścień ochrony na taki o wyższym priorytecie i obejść zabezpieczenia od środka... a tak? I pomyśleć, że najlepszego na świecie chakiera można było unieruchomić kawałkiem konopnego sznura.
Szybko zrezygnowałem z prób pozbycia się więzów, gdyż odnosiłem wrażenie że jedynie bardziej zaciskam je na nadgarstkach. Chelena doszła pewnie do podobnych wniosków co ja, gdyż po krótkiej szamotaninie opadła zrezygnowana na krzesło. Patrzyliśmy chwilę na siebie w milczeniu, a ja zastanawiałem się jakim sposobem znalazłem się w tak pożałowania godnych okolicznościach przyrody. Rozejrzałem się dookoła. Wzdłuż jednej ze ścian biegł rząd okien, zasłoniętych żaluzjami. Spojrzałem pod nogi - podłoga była pokryta mocno zużytą klepką, na której wyraźnie widać było ciemne ślady przez lata wytarte przez stojące w tych miejscach krzesła i stołki. Przebiegł mnie dreszcz, gdyż pomieszczenie przywołało we mnie koszmarne wspomnienia. Najwyraźniej była to kiedyś szkolna klasa... taka sama, w jakiej uczyłem się języka polskiego. Na to wspomnienie oblał mnie zimny pot i skuliłem się w sobie. Mimowolnie spuściłem głowę - takim samym ruchem, jak czyniłem to setki razy na lekcjach. Nie patrzeć w oczy, skulić się, schować, zniknąć, wtopić w tło. Do czasu kiedy zimne oczy nie wypatrzą innej ofiary. Do czasu kiedy palec sunący wzdłuż dziennika nie wskaże nazwiska nieszczęśnika, dla którego ten dzień od tej chwili nie zmieni się w koszmar na jawie. Do czasu, kiedy wykrzywione wyrachowanym okrucieństwem usta nie oznajmią wszystkim zebranym sentencji wyroku: ,,Do odpowiedzi niech się przygotuje...''
- Charyzjusz Chakier?
- Aaaaaaaa! - wrzasnąłem starając poderwać się na nogi. Bezskutecznie. Szarpnąłem się i rymnąłem razem z krzesłem do tyłu, przydzwaniając potylicą w ścianę.
- Ale ja uczyłem się, Proszę Pani! Naprawdę się uczyłem! Słowacki Wielkim Poetą Był! - wyrecytowałem odruchowo w lekkim zamroczeniu. Poczułem, że unoszę się nad podłogę, a czyjeś ręce stawiają mnie na powrót pionowo. Zamrugałem, by przywrócić ostrość widzenia. Wyczułem, że ktoś za mną stoi.
,,Nauczycielka od polskiego'' - wydarła się jakaś spanikowana szara komórka i spróbowała wyskoczyć uchem. Zamknąłem oczy i wziąłem kilka głębokich wdechów. ,,Uspokój się, Charyzjusz!'' poinstruowałem sam siebie. ,,Szkoła już się skończyła. Teraz znajdujesz się być może w rękach żądnych krwi szaleńców, ale przynajmniej nikt Ci nie będzie robił klasówek z Żeromskiego!''. Ta ostatnia myśl przywróciła mi równowagę. Wyprostowałem się na tyle, na ile pozwalały mi więzy i spojrzałem w bok. Przy drzwiach stała ubrana w długi czarny płaszcz kobieta, w otoczeniu trzech mężczyzn w ciemnych uniformach.
- Charyzjusz Chakier? - powtórzyła.
- To ja. - odparłem mocnym głosem, pragnąc jak najszybciej zatuszować swój poprzedni wybuch paniki. Kobieta podeszła do mnie i wyciągnęła dłoń.
- Witam Pana. Jestem Laura Urszula Siódma. Miło mi Pana gościć. - powitała mnie, jak gdybym właśnie wpadł z wizytą do nowych sąsiadów.
- Witam Panią. Pani wybaczy, że nie uścisnę dłoni, ale chyba niechcący przywiązałem się do krzesła. - powiedziałem, nawet nie starając się kryć sarkazmu.
- Och... - Laura wyglądała na zaskoczoną.
- Kurt! - kiwnęła dłonią za siebie na jednego z mężczyzn, który natychmiast podbiegł i wyprężywszy się służbiście stuknął obcasami.
- Ja, mein Herr?
- Nie mów do mnie Herr! Cholera jasna, chyba nigdy nie pozbędziecie się tych głupich wojskowych nawyków! Kurt! Czy wiesz kto związał Pana Charyzjusza?
- Ja, meine Dame!
W tym momencie huknął strzał. Podskoczyłem na krześle i z przerażeniem obserwowałem, jak Kurt pada na wznak, z dodatkową dziurą w czole. Laura Urszula Siódma schowała Glocka tym samym płynnym ruchem, jakim przed chwilą wydobyła go spod płaszcza. Odwróciła się do mnie z przepraszającym uśmiechem.
- Pan wybaczy, Panie Charyzjuszu, to drobne nieporozumienie.
Przełknąłem głośno ślinę.
- Dlaczego Pani go zastrzeliła?
- Niesubordynacja. Nie kazałam Kurtowi nikogo wiązać.
- Przecież on wcale nie powiedział, że mnie związał!
Laura zamyśliła się na chwilę, po czym znów się uśmiechnęła.
- Zabawne. Jednak musi mi Pan wybaczyć. Nigdy nie miałam talentu do języków... No, ale dość już czasu zmitrężyliśmy. Rozwiązać! - to ostatnie wykrzyknęła w stronę strażników, który właśni wrócili po wyniesieniu ciała. Nie musiała dwa razy powtarzać. Rzuciłem okiem na Chelenę, która najwyraźniej nie mogła wyjść z szoku wywołanego wydarzeniami ostatnich trzydziestu sekund. Spróbowałem nawiązać z nią kontakt wzrokowy, jednak źrenice jej oczu nie ogniskowały się na otoczeniu.
- Cheleno? - szepnąłem.
Drgnęła, jak gdybym obudził ją ze snu. Popatrzyła na Laurę. Popatrzyła na mnie.
- Widziałeś? Widziałeś, co ona... - spytała samymi ustami.
Kiwnąłem głową. Chelena westchnęła.
- Widziałeś, co ona nosi? - powiedziała już głosniej - Czarny, skórzany płaszcz sprzed dwóch sezonów! Totalne bezguście!
Zatkało mnie. Tymczasem Laura wskazała na drzwi.
- Proszę przodem. Przejdziemy do moich laboratoriów, gdyż sprawa dla której Pana tu sprowadziłem należy do tych nie cierpiących zwłoki.
- Rozumiem. Zwłoki. - przytaknąłem gorliwie, mijając ułożone pod ścianą na korytarzu ciało Kurta.

_-¯ Szliśmy długim, jasno oświetlonym korytarzem. Starałem się zapamiętać drogę którą nas prowadzono, lecz po kilkuset metrach straciłem orientację. Szliśmy cały czas prosto. Korytarz nigdzie nie skręcał, nie przechodziliśmy przez żadne drzwi, nie jechaliśmy żadną windą. Słowem - nic, co mógłbym zapamiętać jako punkt orientacyjny. W kolejnych kilkudziesięciu metrach poddałem się i zacząłem liczyć kafelki na podłodze. Wkrótce znudziło mi się i to.
- Przepraszam, ale gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała Chelena.
- Powinna się Pani domyślić. Pan Charyzjusz z pewnością już wie.
To była prawda. Wiedziałem. Ponieważ Chelena nadal miała niewyraźny wyraz twarzy, przystąpiłem do wyjaśnień.
- Jesteśmy w centrum dowodzenia organizacji L.U.7. - wyjaśniłem.
- Co?!!!
- Nie mówi się ,,co'', tylko ,,słucham'' - poprawiłem machinalnie, tak jak zwykle korygowałem słownictwo Charysi.
- Słucham?!!!
- Widzisz, nazwa organizacji pochodzi od inicjałów naszej uroczej gospodyni. - postarałem się, by ironia w mym głosie nie była zbyt wyeksponowana.
- Oni stworzyli Prosiaki!
- To prawda. - wtrąciła się Laura - Ale nie do końca.
- ??? - wyraziłem zdziwienie.
- Omówimy wszystko w laboratorium. - pchnęła podwójne, wahadłowe drzwi i wkroczyła na salę pełną komputerów.
- Siadajcie - wskazała taborety - ale nie ważcie się korzystać ze sprzętu, jeżeli chcecie żyć.
Uśmiechnąłem się kpiąco, zajmując miejsce przed najbliższym ekranem - jednak uśmiech szybko spełzł mi z twarzy. Zauważyłem, że każdy z komputerów zamknięty jest w delikatnej, ale mocnej klatce Faradaya. A wewnątrz monitorów... Wewnątrz monitorów widać było grasujące całe tabuny Prosiaków.
- Opanowały nasz LAN. - wyjaśniła Laura nie czekając na moje pytanie - Tylko Pan, Panie Charyzjuszu, może nam pomóc.

 
1 | 2 | 3 |


Najnowsze komentarze
 
2017-06-30 05:56
DANIELS LOAN COMPANY do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć, Mam na imię Adam Daniels. Jestem prywatny pożyczkodawca, który dają kredyt prywatnych[...]
 
2017-06-27 11:05
Mr Johnson Pablo do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć,           Czy potrzebujesz pożyczki? Możesz się rozwiązywać, kiedy dojdziesz. Jestem[...]
 
2017-06-27 06:09
greg112233 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witam wszystkich, jestem Greg z Gruzji, jestem tutaj dać Zeznania na Jak po raz pierwszy[...]
 
2017-06-21 16:10
Iwona Brzeszkiewicz do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czesc, kochanie. Czy wciaz szukasz pomocy. Nie szukaj dalej, poniewaz senator Walter chce i[...]
 
2017-06-15 14:20
kelvin smith do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Brak zabezpieczenia społecznego i brak kontroli kredytowej, 100% gwarancji. Wszystko, co musisz[...]
 
2017-06-13 06:20
Gregs Walker do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Uwaga: Jest to BOOST CAPITAL CENTRAL TRUST FINANCE LIMITED. Oferujemy wszelkiego rodzaju[...]
 
2017-06-13 06:09
Gregs Walker do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Uwaga: Jest to BOOST CAPITAL CENTRAL TRUST FINANCE LIMITED. Oferujemy wszelkiego rodzaju[...]
 
2017-06-09 16:42
George cover.. do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witamy w programie Fba loaninvestment Czasami potrzebujemy gotówki w nagłych wypadkach i[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl